Więc czego się pan obawia?Brudnej kampanii – Gazeta Kłobucka
Rozmowa tygodnia

Więc czego się pan obawia?
Brudnej kampanii

Jerzy Zakrzewski, burmistrz Kłobucka.
Więc czego się pan obawia?
Brudnej kampanii

Rozmowa z Jerzym Zakrzewskim, burmistrzem Kłobucka

„Gazeta Kłobucka”: Wystartuje pan w przyszłorocznych wyborach?
Jerzy Zakrzewski:
Jeszcze się zastanawiam.

GK: Jakoś trudno mi w to uwierzyć (uśmiech).
J.Z.:
Chciałbym dalej realizować mój program wyborczy, którego staram się trzymać. Oczywiście nie wszystko da się zrealizować od razu. Jedne inwestycje są przesuwane na dalszy plan, w ich miejsce wchodzą inne, bardziej potrzebne dla rozwoju gminy. Myślę jednak, że staram się być konsekwentny w swoich działaniach.

GK: To czego się pan obawia?
J.Z.:
Brudnej kampanii.

GK: A myśli pan, że taka będzie?
J.Z.:
Nie wiem, historia pokazuje, że w Kłobucku wykorzystywano różne „chwyty” dla osiągnięcia celu. Ja jestem przygotowany na krytykę i rywalizację na argumenty, ale nie chciałbym, aby ktoś do polityki mieszał moich bliskich, i za wszelką cenę staram się ich przed tym uchronić.

GK: Wracając do inwestycji, jest pan zadowolony z tego, co udało się dotychczas zrobić?
J.Z.:
Tak, proszę jednak wziąć pod uwagę, że po przejęciu tego stanowiska najpierw musiałem uporządkować finanse publiczne. Aby móc zacząć inwestować, najpierw musiałem zdobyć na to środki. Dziś jestem coraz bardziej zadowolony z efektów swojej pracy, bo oprócz inwestycji z programu wyborczego udało się również zrobić wiele innych, tj. wymianę oświetlenia ulicznego w całej gminie na energooszczędne, dzięki któremu każdego roku będą nam zostawały spore oszczędności, żłobek, lodowisko, budowę dróg, których nie było w programie…

G.K.: Ale budżet obywatelski, którego powstanie pan zapowiadał, nie powstał.
J.Z.:
Owszem, był i cały czas jest w planach. Problem budżetu obywatelskiego polega jednak na tym, że zgodnie z zapowiedziami rządu będzie on wkrótce obowiązkowy i nakładał na samorządy pewne regulacje. Założenia były takie, że będzie to jeden procent dochodu z podatków, czyli około 100 tys. zł na całą gminę. Dla mnie to żaden budżet obywatelski. Poważny budżet na miarę naszego miasta powinien wynosić minimum 500 tys. zł. Są miasta, gdzie wynosi nawet kilka milionów, wszystko zależy od ich wielkości. Zależy mi, aby był to fundusz, który zaktywizuje społeczeństwo do inicjatyw oddolnych – ale konkretnych, a nie byle jakich. Dziś dobry plac zabaw to wydatek kilkudziesięciu tysięcy, więc czasem warto coś zrobić wolniej, ale porządnie, niż w pośpiechu.

GK: Zostawmy na chwilę budżet obywatelski. Co z salą i boiskiem sportowym przy każdej szkole?
J.Z.:
Ten punkt cały czas jest realizowany. Konsekwentnie budujemy kolejne boiska wielofunkcyjne w gminie. Tylko w tej kadencji powstały już trzy. Po boiskach będą sale gimnastyczne. Nie chcę wytykać błędów moim poprzednikom, ale ogromne kwoty wydajemy również na remonty szkół, które przez lata były zaniedbywane. Tylko w ostatnich dwóch latach wyremontowaliśmy dach w SP nr 2 w Kłobucku i w szkole w Libidzy, które były w katastrofalnym stanie, a wnioski o ich remont leżały od 2009 roku. Remontu wymaga również sypiący się dach w SP nr 1 w Kłobucku. Powstaje więc pytanie, czy budować kolejną salę, czy najpierw wymienić dach, który grozi zawaleniem. Podobnie ma się sytuacja z blokami żywieniowymi w SP nr 1, których podobno wyremontować się nie dało, i w Łobodnie, gdzie kosztorys był na milion złotych, a udało nam się go wykonać za 250 tys. zł. Dziś mamy nowoczesne bloki żywieniowe, które do niedawna Sanepid chciał nam zamknąć. Wracając do pytania, zapewniam, że skończymy budowę boisk, zabierzemy się za sale.

GK: Jak już jesteśmy przy poprzednikach. Uważa pan, że Krzysztof Nowak wystartuje ponownie w wyścigu o fotel burmistrza?
J.Z.:
Nie wiem, w swoich wypowiedziach daje do zrozumienia, że marzy mu się „comeback”. Przyznam szczerze, że nie zastanawiam się nad tym jakoś głęboko. Jeśli ja wystartuję, to będę się starał pokazać mieszkańcom, co udało mi się zrobić i jaka jest moja dalsza wizja gminy. Nie chciałbym się skupiać na kontrkandydatach. Dla mnie najważniejsze jest to, czy mieszkańcy są zadowoleni z moich działań, czy spełniłem ich oczekiwania, i tyle. Wydaje mi się, że większość tego, co obiecałem, udało się zrealizować. Oczywiście trzeba sobie zdać sprawę, że nie da się zrobić wszystkiego naraz. Nie da się w jednym roku zaprojektować wszystkich inwestycji, a w kolejnym wszystkich zrealizować, bo to są procedury, dokumentacja – no i pieniądze, których w budżecie mamy określoną ilość. Dlatego staramy się sukcesywnie rok do roku wykonywać kolejne projekty i je realizować.

GK: Czyli nie boi się pan konkurencji.
J.Z.:
Tego nie powiedziałem, konkurencję zawsze należy szanować i liczyć się z nią. Ale jeśli już jesteśmy przy moim poprzedniku i inwestycjach, to ja też się nie spodziewałem, że po objęciu stanowiska dostanę milionową karę za kanalizację realizowaną w poprzedniej kadencji, że będę musiał naprawiać rozgrzebane drogi po kanalizacji, bo od wykonawcy nie można wyegzekwować naprawy gwarancyjnej. To są pieniądze, które mógłbym przecież przeznaczyć na inwestycje ze swojego programu. Jeśli mój poprzednik chce ze mną polemizować, to musi zdać sobie sprawę, że teraz mam dostęp do dokumentacji i większą wiedzę na temat różnych spraw.

GK: To zabrzmiało jak ostrzeżenie.
J.Z.:
Nie, po prostu wiem, jak pewne rzeczy były wykonywane i jaki był nad tym nadzór, a właściwie jego brak. Mówię to głównie o kanalizacji.

GK: Ale to wiceburmistrz Szyiński sprawował nadzór nad tą akurat inwestycją.
J.Z.:
Niech mnie pani nie rozśmiesza.

GK: A gdzie był szef komisji budżetowej, którym pan wtedy był?
J.Z.:
Mając taką wiedzę na temat działalności urzędu i wpływu radnych na proces inwestycyjny, nie śmiałbym nigdy obciążać jakiegokolwiek radnego odpowiedzialnością za jego wykonanie. Rada zatwierdza inwestycje, zatwierdza środki na ten cel, oczywiście ma możliwości kontrolne, ale to burmistrz ze swoimi urzędnikami jest odpowiedzialny za wykonanie inwestycji. I jeśli któryś z urzędników popełni błąd, to wyciągam od niego konsekwencje, ale biorę na siebie odpowiedzialność, zderzając się z krytyką, którą muszę zaakceptować.

GK: Chyba jednak nie zawsze akceptuje pan krytykę, pokazała to ostatnia sytuacja odmowy wynajmu sali pod imprezę charytatywną organizowaną przez jednego z radnych. Niektóre gorzkie słowa zabolały.
J.Z.:
Bo to przykra sytuacja. Daliśmy komuś pretekst do bezpodstawnej oceny. Ja znam intencje organizatorów tej imprezy i wiem, że ma ono drugie dno. Ta sama osoba zorganizowała już trzy takie imprezy. Pierwsza odbyła się przy współorganizacji gminy, pomimo że nie wspomniano słowem o gminie, która mocno finansowała to przedsięwzięcie. Druga impreza odbyła się niezależnie, jako inicjatywa prywatna.

GK: Jednak trzecia znów miała być z gminą.
J.Z.:
Zgadza się, ale w terminie, w którym w MOK-u od roku zaplanowana jest ogólnopolska impreza. Ja przez kilkanaście lat również zorganizowałem wiele dużych i mniejszych imprez, również charytatywnych, i pierwsze, od czego zaczynałem, to od terminu sali – to do niego dostosowywałem organizację całej reszty. W tym przypadku cztery miesiące wcześniej rezerwuje się zespoły, a na trzy tygodnie przed imprezą łaskawie wysyła pismo o wynajem sali. Nie konsultując ani nie rozmawiając wcześniej z dyrekcją w tej sprawie. Przykre to tym bardziej, że padła propozycja udostępnienia sali za tydzień bez żadnego problemu, jednak organizator nie był zainteresowany ani tym, ani żadnym innym terminem. Pokusiłem się o sprawdzenie terminu gwiazdy tego koncertu i tydzień później również miał wolny. Podobnie jak logo naszej gminy, którego nie mogło być na plakacie. Organizator zastrzegł sobie tylko możliwość zamieszczenia logo naszego MOK-u. I co się okazuje? Przenosząc imprezę do Wręczycy Wielkiej, znalazło się i logo gminy, i GOK-u. Może ktoś ma po prostu alergię na nasz Kłobuck… Z całym szacunkiem, ale trudno więc nie odszukiwać się drugiego dna w całej sprawie.

GK: Dobrze się panu pracuje w pojedynkę?
J.Z.:
Ciężko, ale mam święty spokój (uśmiech). Pracy jest dużo, ale i komfort pracy mam bardzo duży, bo lubię odpowiadać za to, co robię.

GK: A może nie potrafi pan współpracować zespołowo?
J.Z.:
Potrafię, mam 70 pracowników i nie zauważyłem, aby mieli jakiś dyskomfort pracy ze mną. Po prostu nie lubię się dzielić odpowiedzialnością. Oczywiście konsultuję, doradzam się, ale ostatecznie decyzje podejmuję sam. Uważam, że jesteśmy zespołem. Moi urzędnicy pracują niejako na mnie, a ja jeśli zachodzi taka konieczność, również krytykę biorę na siebie.

GK: A Koalicja Samorządowa będzie na pana pracować, jeśli pan wystartuje w wyborach?
J.Z.:
Myślę, że tak…

GK: Na sesjach rady gminy wygląda to nieco inaczej. Poza nią również różnie się mówi.
J.Z.:
Jesteśmy bardzo demokratycznym ugrupowaniem. Każdy ma prawo wyrazić swoją opinię. Jestem otwarty na konstruktywną krytykę tak opozycji, jak i mojego ugrupowania, ponieważ ona mi pomaga. W przypadku Koalicji wydaje mi się jednak, że to nie jest krytyka sama w sobie, tylko walka o swój teren, z którego zostali wybrani radnymi, i chęć zrobienia dla niego jak najwięcej. Uważam również, że moje ugrupowanie, którym jest Koalicja, może pozwolić sobie na trochę więcej, bo wspólnie szliśmy do wyborów i wygrana była pracą zespołową.

GK: Będziecie wystawiali do powiatu swoich kandydatów?
J.Z.:
Tak, jest taki plan. Ale czekamy na zmiany w ordynacji wyborczej.

GK: A jak pana relacje ze starostą Kiepurą?
J.Z.:
Dobrze (uśmiech). Każdy robi swoje, mamy wspólne przedsięwzięcia, więc bywa, że ze sobą współpracujemy. Powiat od zawsze był bardziej upolityczniony niż gmina, w zarządzie zasiada mój poprzednik, który, jak wiadomo powszechnie, nie pała do mnie sympatią, więc siłą rzeczy trudno oczekiwać ze strony powiatu jakiejś sympatii w moją stronę.

GK: Chyba i vice versa?
J.Z.:
Nie, ja swojego poprzednika i lubię, i szanuję, ale to nie znaczy, że muszę się z nim zgadzać.

GK: Ma pan jakieś przypuszczenia, kto oprócz Krzysztofa Nowaka mógłby stanąć do walki o fotel burmistrza?
J.Z.:
Dopóki ktoś się oficjalnie nie określi, trudno mi snuć przypuszczenia na tym etapie. Można przypuszczać jedynie po różnych aktywnościach, które obserwujemy. Wiem jedno. Budowanie swojej wiarygodności na nieszczęściu i chorobie innych jest ostatnią rzeczą, którą ja bym wykorzystywał w swoich działaniach.

GK: A może będzie pan zaskoczony, kiedy okaże się, że wcale nie chodzi o żadną politykę.
J.Z.:
Nie odbieram nikomu wrażliwości. Bardzo szanuję to, co inni robią dla innych. Znam wielu wspaniałych ludzi, którzy pomagają. O sobie nie chcę mówić, bo to, w jaki sposób staramy się z moją żoną czuć się ludźmi, jest naszą prywatną sprawą. Osobiście nie chciałbym nigdy być postrzegany jako burmistrz samarytanin, bo uważam, że burmistrz przede wszystkim powinien mieć pomysł na swoją gminę.

GK: Do wyborów szedł pan z szumnym hasłem „aquapark w Kłobucku”. Do kolejnych wyborów niespełna rok, a tu zjeżdżalni jak nie widać – tak nie widać (uśmiech).
J.Z.:
Wiadomo już, że kłobucka pływalnia kryta nie spełnia wymagań technicznych do rozbudowy. Zdecydowaliśmy więc o budowie odkrytego basenu na OSiR ze zjeżdżalniami, mokrym placem zabaw i całym zapleczem sanitarno-gastronomicznym. Obecnie przygotowywana jest obszerna koncepcja dla tego miejsca, która obejmie nie tylko OSiR, ale także teren przy ul. Niemczyka. W przyszłym roku zabezpieczyliśmy już środki na projekt. Nikt dzisiaj nie zdaje sobie sprawy, że kryta pływalnia, wybudowana kilkanaście lat temu, za kilka lat będzie musiała być zamknięta, ponieważ jej stan techniczny jest już bardzo zły. Patrzymy perspektywicznie, dlatego przy ul. Niemczyka zaprojektowana została nowa pływalnia kryta z hotelem i restauracją, kręgielnią i halą sportową. Nie ukrywam, że część inwestycji chcielibyśmy wykonać w porozumieniu publiczno-prywatnym.

GK: Pytanie, czy znajdzie się inwestor.
J.Z.:
Jeśli nie znajdziemy inwestora, będziemy sami sukcesywnie realizować projekt. Musimy iść do przodu, bo za kilkanaście lat zostaniemy w tyle za innymi gminami w Polsce.

GK: No dobrze, skupmy się może na najbliższych inwestycjach.
J.Z.:
W przyszłym roku oddamy do użytku I etap przebudowy OSi- R-u, który obejmuje skatepark, siłownię napowietrzną, plac zabaw. Przebudowana zostanie też strzelnica, z zachowaniem jej dotychczasowego klimatu. Nadal będzie można tu urządzać koncerty, wystawy i inne ciekawe przedsięwzięcia, jednak na miarę XXI wieku. Zmieniają się czasy, musimy iść do przodu i dostosowywać gminne obiekty do czasów, w których żyjemy, tak aby nie wstydzić się, kiedy przyjeżdża do nas Marta Frej i musi skorzystać z toi toia. Chciałbym, aby to miejsce było dostępne dla wszystkich, którzy mają fajne pomysły.

GK: Nie tylko dla Zajawki.
J.Z.:
Zajawka dała enrgię temu miastu i uważam, że należą im się podziękowania. To stowarzyszenie działające społecznie dało impuls do organizacji wielu ciekawych przedsięwzięć. Przez tyle lat strzelnica stała pusta i popadała w ruinę. Nikt się nią nie interesował. Teraz, nagle, kiedy po latach pojawił się ktoś, kto zaczął robić coś fajnego, pojawiły się głosy krytyki tylko dlatego, że ci młodzi ludzie fotografują się – jak zresztą wiele innych organizacji – z burmistrzem. Jako gmina wynajmujemy mnóstwo lokali różnym stowarzyszeniom i organizacjom. W samym MOK-u jest ich kilka i jakoś o tym nikt nie mówi. Uważam, że to krzywdzące dla tej młodzieży, która nie czerpie żadnych korzyści ze swojej działalności w stowarzyszeniu, a chce zrobić coś fajnego dla tego miasta.

GK: Nie wszystkie stowarzyszenia plakatowały jednak panu miasto przed wyborami.
J.Z.:
Uważa pani, że jest w tym coś złego? A czym różnią się ci młodzi ludzie, którym spodobał się mój program wyborczy i chcieli zmian, od młodych z SLD czy PSL, która plakatuje miasto swoim kandydatom? Nie znałem wcześniej tych ludzi i oni nie znali mnie. Mnie podobało się, że próbują to miasto ożywić, wprowadzić trochę nowoczesności, świeżości – im być może podobał się mój pomysł na tę gminę. Czy jest coś w tym coś złego, że ludzie mają własne poglądy, że chcą coś zmienić i za pomocą czegoś się określają?

GK: Wielu liczyło, że po wyborach polecą głowy w urzędzie. W większości zostało „po staremu”.
J.Z.:
Z gminą Kłobuck związany jestem od kilku lat. Znam tych ludzi i ich kompetencje. Dałem kredyt zaufania najbliższym współpracownikom mojego poprzednika – czas pokaże, czy zdadzą egzamin. Natomiast dokonałem pewnych zmian w tam, gdzie uważałem, że jest to konieczne, lub, tak jak w przypadku GOPS-u, gdzie byłem do tego zmuszony.

GK: Również Miejskim Ośrodkiem Kultury kieruje ktoś inny.
J.Z.:
Tak, pani Marszał-Kościelniak odeszła na emeryturę. Jej miejsce zajął nowy dyrektor.

GK: Który nie miał najłatwiejszego startu.
J.Z.:
Głównie za sprawą opozycji, która od samego początku wykorzystywała niepopularne decyzje dyrektora MOK-u do politycznej walki. Osobiście uważam, że pani Skwara spełnia się w tej roli i bardzo dobrze radzi sobie z zarządzaniem jednostką kulturalną. Ogłaszając konkurs na to stanowisko, szukałem nie tylko animatora kultury, ale przede wszystkim managera, osoby z własną wizją, która stworzy taką ofertę, dla której warto będzie przychodzić do kłobuckiego MOK-u, i tak się stało. Świadczy o tym choćby liczba uczestników zajęć, którą udało nam się zwiększyć o kilkaset procent. Oczywiście pani dyrektor jest osobą młodą, wciąż się pewnie uczy. Ja też się zresztą wciąż uczę. Natomiast jeśli widzę, że ktoś się angażuje w pracę i daje z siebie więcej, niż nawet tego wymagam – zawsze będę bronił takich osób.

GK: A z sekretarzem gminy dobrze się panu układa współpraca?
J.Z.:
Bardzo dobrze. Uważam, że tworzymy optymalny zespół, który patrzy w tym samym kierunku.

GK: A myśli pan, że pracownicy urzędu już nie tęsknią za poprzednikiem? Na sesji zaprzysiężenia pana na burmistrza żegnali go słowami: „Byłeś dla nas jak ojciec”…
J.Z.:
Myślę, że już nie.

GK: Przekonamy się przy urnach wyborczych.
J.Z.:
Oczywiście, że tak. Ja nie oczekuję deklaracji od swoich urzędników, a jedynie lojalnej i rzetelnej pracy na rzecz gminy.

GK: Zatrudnił pan kogoś ze swojej rodziny?
J.Z.:
Nie.

GK: A wieś z miastem pan pogodził. Kamyk już się nie chce odłączać od gminy Kłobuck?
J.Z.:
Myślę, że nie (uśmiech). Wydaje mi się, że te granice udało się zatrzeć. Pewnie w kampanii znów pojawi się argument, że jestem ze wsi, ale ja bardzo lubię mieszkać w Łobodnie. Dojeżdżać do Kłobucka też lubię, bo jest to mój czas na przemyślenia. W kampanii grano tym, że będę rzecznikiem wsi, dzisiaj okazuje się, że tak nie jest, bo każdy budżet jest tak podzielony, aby nasza gmina rozwijała się równomiernie. Nie ukrywam jednak, że na samym Kłobucku bardzo mi zależy, bo to stolica nie tylko gminy, ale całego powiatu, i może to zabrzmi śmiesznie… ale kiedy zamykam oczy, to widzę, jak bym chciał, aby on wyglądał.

G.K: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Kurzak

Kliknij aby dodać komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Rozmowa tygodnia

Masz jakieś pytanie lub problem dotyczący naszego Tygodnika? Skontaktuj się z naszym biurem! Tel. 34 317-33-23

Więcej w Rozmowa tygodnia

kotynia

– Jaka była reakcja tych gości z Chin?
– Reakcja była taka, że to są ludzie bardzo małomówni…

Jarosław Jędrysiak19 października 2017
antonina

– Antoniny Johnson pan nie zna?
– Nie znam. Znam Antończaków, ale to chyba nie rodzina

Ewa Chojnacka11 października 2017
rozmowa

„Myślę, że oczarowała ich nasza praca”

Jarosław Jędrysiak9 sierpnia 2017
3

Będą rewolucje w stypendiach

Magdalena Kurzak13 czerwca 2017
aac

„Problemy z Krzepic rozlały się na cały powiat”

Jarosław Jędrysiak8 czerwca 2017
3

„Te decyzje powinny zapaść 30 lat temu”

Redakcja31 października 2016