ARCH.
Choć Magdalena Kasprzak, politykiem nie jest i nigdy nim nie była, to z kłobuckim urzędem związana jest od samego początku swojej kariery zawodowej, a obecnie zajmuje w nim drugie po burmistrzu ważne stanowisko – sekretarza gminy. W dzisiejszym numerze w naszej rubryce „Polityka od kuchni” rozmawiamy z Magdaleną Kasprzak prywatnie: o małżeństwie, o tym co robi po pracy, gdzie najchętniej spędza urlop oraz co ceni sobie w życiu najbardziej.
Z Magdaleną Kasprzak, sekretarzem gminy Kłobuck rozmawiamy prywatnie o tym, jak spędza czas po pracy, czy łatwo wyprowadzić ją z równowagi oraz o tym, kim chciała zostać będąc dzieckiem
Gazeta Kłobucka: Co Magdalena Kasprzak robi po pracy?
Magdalena Kasprzak: Może się okazać, że jestem zwyczajnym człowiekiem, bo nic specjalnego (uśmiech). Jeśli mam chwilę czasu, to jak każda kobieta mam na głowie obowiązki domowe. Nie ukrywam, że bardzo lubię zarówno pracować, jak i odpoczywać w swoim domu.
G.K: Gotuje pani?
M.K: Gotuję. I muszę pani przyznać, że goście chwalą moją kuchnię. Może nie jest ona jakaś wysublimowana, ale lubię gotować i sprawia mi to naprawdę dużą satysfakcję.
G.K: Wyniosła pani to z domu?
M.K: Chyba tak. Nigdy nie by- łam zmuszana do tego przez moją mamę, a mimo tego lubiłam jej pomagać w pracach domowych.
G.K: Ma pani rodzeństwo?
M.K: Tak, siostrę i brata. Jestem najmłodsza z rodzeństwa i to niemało, bo siostra jest starsza ode mnie aż 10 lat, a brat 8. Początkowo różnica wieku była naprawdę odczuwalna. Oni – nastolatki i ja – plątające się pomiędzy nimi dziecko (uśmiech). Z czasem jednak ta różnica się zatarła. Dziś, z perspektywy czasu nie wyobrażam sobie ich nie mieć. Najbardziej chyba przekonałam się o tym w momencie śmierci mamy, która zmarła młodo i tak nagle…Mogliśmy wtedy liczyć na swoje wsparcie. Myślę, że jesteśmy dobrym rodzeństwem, które nie stwarza sobie sztucznych konfliktów i bardzo mnie to cieszy. Wprawdzie siostra wyemigrowała i mieszka obecnie w Anglii, ale dzwonimy do siebie niemal codzienne.
G.K: A jeśli pani nie gotuje to pewnie sprząta. (uśmiech) Jest pani pedantką?
M.K: Pewnie nie większą niż mój mąż (uśmiech). Ale kiedy już mamy wokół siebie porządek, zawsze znajdę czas na książkę, wędkowanie, albo na prace w ogródku, które bardzo lubię.
G.K: Wędkuje pani?
M.K: Tak, razem z mężem. Uwielbiam ten czas, kiedy możemy się odciąć od całego świata i pobyć tylko ze swoimi myślami.
G.K: Ma pani duży ogród?
M.K: Ogród to może za dużo powiedziane. To raczej mała dział- ka, ale bardzo lubię na niej nasadzać, przesadzać i pielęgnować to co tutaj rośnie. Lubię przysłowiowo się „umęczyć” przy tej mojej zieleni, żeby potem móc delektować się tym spokojem i przyrodą, świergotem ptaków. Szczerze to kocham, to moje małe miejsce.
G.K: Kiedy poznała pani swojego męża? Rodzina jest najważniejsza Z Magdaleną Kasprzak, sekretarzem gminy Kłobuck rozmawiamy prywatnie o tym, jak spędza czas po pracy, czy łatwo wyprowadzić ją z równowagi oraz o tym, kim chciała zostać będąc dzieckiem
M.K: W 1991 roku pobraliśmy się…
G.K: A poznaliście?
M.K: To była dziwna sytuacja.
G.K: Miłość od pierwszego wejrzenia?
M.K: Tak, naprawdę! (uśmiech) Zwróciłam na męża uwagę jeszcze wtedy, gdy był nastolatkiem. Ja mieszkałam na ul. Wyszyńskiego, a on na Baczyńskiego, więc bardzo często widziałam go z okna naszej kuchni wychodzącego ze swojego bloku i nie ukrywam, że już wtedy bardzo mi się podobał.
G.K: Zaczynaliście się spotykać bardzo młodo.
M.K: Tak, nie od początku było jednak tak różowo, po jakimś czasie rozstaliśmy się z sobą. Przez 2 lata nie widywaliśmy się w ogóle. Spotkaliśmy się ponownie przypadkiem po tym czasie i już ze sobą zostaliśmy do dzisiaj. (uśmiech). Byliśmy już bardziej dojrzali i wiedzieliśmy czego chcemy w życiu. Do dnia ślubu spotykaliśmy się codziennie. W lipcu będziemy obchodzić jego 28 rocznicę.
G.K: Bywało ciężko?
M.K: Przyznam, że chyba nie mieliśmy takiego okresu… Może to zabrzmi „cukierkowo”, ale jesteśmy bardzo zgodnym małżeństwem i rzadko się kłócimy. Wiadomo, że jak w każdym związku bywają gorsze i lepsze dni, ale burz raczej nie ma. Mąż jest dla mnie naprawdę dużym wsparciem i myślę, że ja dla niego również. Zresztą, nawet ostatnio nasza córka powiedziała, że nie wyobraża sobie nas osobno. I my również sobie tego nie wyobrażamy. (uśmiech)
G.K: Lubcie państwo podróżować?
M.K: Oj tak. Wspólne wakacje to obowiązkowy punkt w naszym grafiku. Od lat dostosowuję swój urlop do męża ze względu na jego pracę zawodową, ale zawsze udaje nam się to zgrać.
G.K: Spędza je pani w Polsce, czy za granicą?
M.K: Różnie, ale częściej decydujemy się jednak na nasz kraj. Bardzo lubię polskie góry poza sezonem nie ma tu już takich tłumów. W tym roku planujemy wybrać się w Bieszczady. Latem natomiast uwielbiam polskie morze. Nie ukrywam, że bardziej od zorganizowanych wczasów, cenimy sobie niezależność podczas urlopu. Uwielbiam wycieczki samochodowe. Śmieję się, że mąż może mnie wsadzić w samochód i wywieść w każdą część Polski.
G.K: Łatwo panią wyprowadzić z równowagi?
M.K: Wszystko zależy od sytuacji. Jeśli chodzi o dzieci, to jestem straszną panikarą. Natomiast w pracy staram się zachowywać spokój w trudnych sytuacjach, co później niestety przypłacam bezsennymi nocami i analizowaniem różnych sytuacji po kilka razy. Myślę, że to akurat jest moją wadą. Ktoś mi kiedyś powiedział, że wypowiedzianych słów nie należy roztrząsać, bo one już zostały powiedziane i nie możemy nic z tym zrobić. No niestety ja należę do osób, która rozkłada różne sytuacje na czynniki pierwsze. (uśmiech)
G.K: Dzieci są pani największym spełnieniem.
M.K: Zdecydowanie tak. Nie wyobrażam sobie bez nich swojego życia. Póki co oboje mieszkają z nami, w domu rodzinnym, ale myślę, że to kwestia czasu kiedy wyfruną nam z domu.(uśmiech) Córka uczy się jeszcze w szkole średniej, za rok czeka ją matura – ale starszy syn już studiuje, pracuje i coraz częściej mówi, że chciałby się już usamodzielnić.
G.K: Któreś z nich poszło w pani ślady?
M.K: Syn studiował ekonomię, więc raczej nie. Ale córka planuje studia na wydziale architektury, a ja przecież również jestem technikiem architektem, dopiero później były studia na wydziale ochrony środowiska.
G.K: Magdalena czy Ewa – jak naprawdę ma pani na imię?
M.K: Magdalena to moje pierwsze imię, ale rzeczywiście i w domu i w pracy wszyscy zwracają się do mnie – Ewa. Reaguję na oba imiona. (uśmiech) W kontaktach oficjalnych posługuję się jednak pierwszym imieniem.
G.K: Od początku swojej kariery zawodowej jest pani urzędnikiem?
M.K: Rzeczywiście. Pierwszy dzień mojej pracy, to dzień w urzędzie.
G.K: Z powołania czy z rozsądku?
M.K: Chyba z konieczności. (śmiech) Nigdy nie myślałam, że będę urzędnikiem. To był zupełny przypadek. Dowiedziałam się, że jest miejsce pracy w urzędzie i przyszłam na rozmowę.
G.K: A gdzie widziała pani siebie będąc dzieckiem?
M.K: Dziś może nie zabrzmi to wiarygodnie, ale chciałam być sportowcem. (śmiech) Zawsze by- łam bardzo sprawna fizycznie, reprezentowałam szkołę w różnych zawodach, marzyła mi się szkoła sportowa. Najbliższa taka placówka była jednak w Częstochowie, a rodzice niechętnie zapatrywali się na dojazdy do niej. Oceniali sytuację pragmatycznie, chcieli uniknąć dojazdów, wystawania na przystankach i późnych powrotów do domu po szkole. Wprawdzie po szkole średniej próbowałam jeszcze raz spełnić swoje marzenie i zdawałam na Akademię Wychowania Fizycznego, ale po kilkuetapowych bardzo trudnych egzaminach, na ostatniej prostej zabrakło mi kilku punktów do przyjęcia na uczelnię.
G.K: Została pani w Kłobucku.
M.K: Tak i wcale tego nie żałuję. Tutaj mam dom, rodzinę, przyjaciół. Czy potrzeba nam czegoś więcej? (uśmiech)
G.K: Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Magdalena Kurzak





Facebook
YouTube
RSS