Ponad jedenaście lat kierowania Miejskim Ośrodkiem Kultury w Kłobucku to setki decyzji, dziesiątki inicjatyw i codzienna praca, której mieszkańcy nie zawsze widzą kulisy. Ale to także spotkania z ludźmi, ich pomysły, oczekiwania i emocje. W rozmowie z Olgą Skwarą, dyrektorką MOK, zaglądamy za kulisy tej pracy, pytamy o zmiany, które chciałaby wprowadzać, o odpowiedzialność związaną z pełnioną funkcją i o cenę posiadania własnego zdania. Rozmawiamy również o życiu poza pracą, godzeniu wielu ról i o tym, dlaczego czasem warto po prostu przyjść i porozmawiać, zamiast wyrabiać sobie opinię na odległość.

1. Od lat jest Pani dyrektorką Miejskiego Ośrodka Kultury. Czy po takim czasie można jeszcze powiedzieć, że coś w pracy z ludźmi Panią zaskakuje?
Oczywiście. Ludzie wciąż potrafią mnie zachwycić pomysłowością, życzliwością i chęcią zrobienia czegoś razem. Potrafią też uświadomić mi coś, czego wcześniej nie dostrzegałam. Niedawno jedna z mieszkanek przyznała, że długo zbierała się, żeby do mnie przyjść, ponieważ jestem dyrektorką. Zaskoczyło mnie to. Pracuję przecież z ludźmi i dla ludzi. Ta rozmowa pokazała mi jednak, że otwarte drzwi nie wystarczą. Trzeba jeszcze sprawić, żeby każdy czuł, że naprawdę może przez nie wejść.
2. Jest Pani osobą, która dość często zabiera głos w mediach społecznościowych. Skąd potrzeba dzielenia się z ludźmi również bardziej osobistymi przemyśleniami?
Okazało się, że te codzienne przemyślenia trafiają do ludzi. Piszą do mnie: „Mam tak samo”, „Myślę dokładnie tak jak Ty”, „Oglądam, kibicuję, rób to dalej”. Staram się mówić mądrze, ale lekko, czasem z humorem i przymrużeniem oka o sprawach, które wielu z nas zna z własnego życia. Taki przekaz pomaga mi też docierać do mieszkańców i opowiadać o MOK. Zdarza się, że ktoś po obejrzeniu rolki przychodzi do ośrodka i mówi, że właśnie moje słowa zachęciły go do rozmowy. To daje mi energię do dalszego działania.
3. Poza pracą jest Pani żoną, mamą i mieszkanką Kłobucka. Jak udaje się Pani łączyć życie zawodowe z pozostałymi rolami?
Raz lepiej, raz gorzej. Tak jak wielu kobietom. Jestem dyrektorką, żoną, mamą, przyjaciółką, kucharką i domowym centrum zarządzania, a ostatnio także instagramowiczką. Wszystko zależy od potrzeb. Czasem dzień układa się świetnie, a czasem sukcesem jest to, że wszyscy dotarli tam, gdzie mieli dotrzeć. Dyrektorowanie zdarza mi się przynosić do domu. Śmieję się, że zarządzanie mam we krwi, tylko po pracy zmienia mi się skład zespołu. Dopiero po czterdziestce zrozumiałam, że nie muszę robić wszystkiego na sto procent. Nie lubię bylejakości, ale wiem już, że można działać konsekwentnie i czasem dać sobie prawo do odpuszczenia. Nie trzeba być idealną, żeby robić wartościowe rzeczy i inspirować innych.
4. Jak przez lata zmieniał się MOK? Co jest dziś dla Pani najważniejsze w myśleniu o jego przyszłości?
Coraz bardziej otwieramy się na mieszkańców. Rozmawiamy z nimi, słuchamy pomysłów i wprowadzamy zajęcia odpowiadające ich potrzebom. Zależy mi, żeby MOK był miejscem, w którym ludzie czują się u siebie. Ważne są też warunki. Chcemy spędzać czas w pięknych, wygodnych przestrzeniach. W domach mamy wiele możliwości rozrywki, a Internet potrafi skutecznie zatrzymać nas przed ekranem. Musimy więc dawać ludziom dobry powód, żeby do nas przyszli. Kultura nie jest dodatkiem do życia miasta. Dzięki niej poznajemy się, przeżywamy coś razem i stajemy się wspólnotą. Chcę, żeby MOK pielęgnował tradycję, a jednocześnie był nowoczesnym miejscem spotkań.
5. Remont sali MOK to ważna inwestycja dla ośrodka. Jak wyglądała droga do jej realizacji i co, Pani zdaniem, zmieni się dzięki niej dla mieszkańców?
Ten remont nauczył mnie pokory i wytrwałości. Wiedziałam, jak bardzo potrzebujemy tej zmiany, dlatego zabiegałam o nią i przekonywałam do jej znaczenia. Pierwszy etap udało się zrealizować. Drugi okazał się bardziej wymagający i wymagał wielu uzgodnień, ale idziemy do przodu. Bardzo doceniam współpracę z burmistrzem Kłobucka Jerzym Zakrzewskim. Dostrzega potrzeby kultury i widzę jego determinację, żeby poprawiać warunki w MOK. Nasze rozmowy bywają wymagające, ponieważ to kosztowne inwestycje i trzeba znaleźć na nie środki. Łączy nas jednak cel: nowoczesny ośrodek dla mieszkańców. Pan burmistrz zapewnił mnie, że w ciągu kilku miesięcy uda się osiągnąć założone cele. Mam nadzieję, że niebawem zaprosimy mieszkańców na uroczyste otwarcie. Bardzo brakuje nam tej sali. Chcemy znów wypełnić ją ludźmi, muzyką, tańcem i wszystkim, co sprawia, że dom kultury żyje.
6. Od kiedy jest Pani dyrektorką MOK, wprowadziła Pani sporo pomysłów, które wychodzą poza tradycyjne postrzeganie domu kultury. Jednym z nich jest program Ambasador MOK. Skąd wziął się ten pomysł?
To rozwinięcie idei, którą realizujemy od lat. W Kuźni Kulturalnej mieszkańcy przychodzili ze swoimi pomysłami, a my pomagaliśmy je realizować. Tak powstały między innymi Summer California Festival, konkurs talentów, mural, warsztaty kaligrafii czy konkurs literacki „Zgroza w Kłobucku”. Te projekty pokazały, ile pomysłów i energii mają nasi mieszkańcy. Kiedyś wydawało mi się, że ambasadorzy będą działać bardziej samodzielnie. Dziś wiem, że sam zapał potrzebuje też wsparcia. Dlatego przygotowaliśmy program, który da im wiedzę, narzędzia i pomoc w rozwijaniu własnych pomysłów. Pokażemy, jak przygotować wydarzenie, o jakie przepisy i bezpieczeństwo trzeba zadbać oraz jak uniknąć błędów. Chcemy, żeby ambasadorzy czerpali z tego radość i zarażali nią innych. Nie trzeba znać się na organizowaniu imprez. Trzeba jednak przyjść, uczestniczyć w spotkaniach i chcieć się zaangażować. My pomożemy zrobić kolejne kroki.
7. A jeśli ktoś czyta ten wywiad i pomyśli: „Mam pomysł, ale nie wiem, czy MOK będzie nim zainteresowany” – co by mu Pani powiedziała?
Proszę przyjść i opowiedzieć. Każdy pomysł zostanie wysłuchany. Właśnie po to tworzymy programy takie jak Ambasador Kultury, żeby pomagać mieszkańcom przejść od pomysłu do działania. Organizacja wydarzenia wymaga czasu i pracy. Trzeba znaleźć termin, przygotować miejsce, zaplanować budżet i zadbać o bezpieczeństwo. Nie wszystko da się zrobić od razu i nie każdy pomysł uda się zrealizować. Uczciwie o tym powiem i wyjaśnię dlaczego. Im wcześniej zaczniemy rozmawiać, tym łatwiej będzie sprawdzić możliwości i wspólnie nadać pomysłowi kształt.
8. Czy miała Pani moment, w którym pomyślała: „To stanowisko jest znacznie trudniejsze, niż sobie wyobrażałam”?
Tak, niejeden. Z zewnątrz widać koncert, artystę i pełną salę. Mniej widać przygotowania, budżet, sprawy bezpieczeństwa i dziesiątki decyzji podejmowanych po drodze. Dobre pomysły są dopiero początkiem. Jestem pracowita. Kiedy dążę do celu, nie przestaję o nim myśleć ani o niego zabiegać wraz z końcem dnia pracy. Lubię widzieć efekty tego wysiłku, szczególnie gdy mieszkańcy wracają do MOK i znajdują tu coś dla siebie. Najwięcej radości daje nam to, kiedy wszystko się udaje. Nawet przy dobrym przygotowaniu czasem jednak coś pójdzie inaczej, niż planowaliśmy. Wtedy z całym zespołem analizujemy, co się wydarzyło i co możemy poprawić. Odpowiedzialność oznacza również umiejętność wyciągania wniosków i wykorzystania ich przy kolejnych działaniach.
9. W pracy dyrektora trzeba podejmować decyzje, które nie wszystkim muszą się podobać. Co jest trudniejsze – podjąć niepopularną decyzję czy później zmierzyć się z reakcją ludzi?
Trudniejsza bywa reakcja, szczególnie gdy wiem, że komuś zależało i moja decyzja go rozczaruje. Dlatego staram się wcześniej wszystko dobrze przemyśleć, sprawdzić możliwości i porozmawiać z zespołem. Nie każdą potrzebę możemy spełnić od razu. Zdarza mi się słyszeć, że „w domu kultury nic się nie dzieje”, podczas gdy nam często brakuje sal na zajęcia. Nie obrażam się na takie słowa. Dla kogoś mogą oznaczać, że nie znalazł jeszcze czegoś dla siebie albo nie dotarła do niego informacja. Warto o to zapytać i zastanowić się, co możemy zrobić lepiej. Odpowiadam za ludzi, publiczne pieniądze i bezpieczeństwo, więc czasem muszę powiedzieć „nie”. Zależy mi jednak, żeby za odmową szło wyjaśnienie, a jeśli to możliwe, również inne rozwiązanie. Nie zawsze znajdziemy pełną zgodę, ale człowiek powinien czuć się wysłuchany i rozumieć, z czego wynika decyzja.
10. Czy odkąd została Pani dyrektorką MOK, ma Pani poczucie, że ludzie patrzą na Panią inaczej niż wcześniej? Czy funkcja publiczna sprawia, że czasem trzeba liczyć się z oceną nawet wtedy, gdy nie zrobiło się nic złego?
Tak. Ludzie częściej Cię widzą, ale niekoniecznie lepiej Cię znają. Czasem jedna decyzja wystarcza, żeby wyrobili sobie zdanie o całym człowieku, zarówno dobre, jak i nieprzychylne. Rozumiem, że moja praca podlega ocenie. Mieszkańcy mają prawo pytać, jak działa publiczna instytucja. Na początku, ponad jedenaście lat temu, zdarzało mi się spotykać z surowymi ocenami osób, które jeszcze mnie nie znały. Z czasem mogliśmy się lepiej poznać przez rozmowy, wspólne działania i codzienną pracę. Dziś mam poczucie, że ta praca się obroniła, a za tym przyszło zaufanie, które bardzo sobie cenię. Cieszy mnie, kiedy ktoś po prostu podchodzi, zagaduje i dzieli się pomysłem. Wtedy czuję, że za stanowiskiem widzi także człowieka.
11. Jak Pani reaguje na sytuację, kiedy ktoś ocenia Panią na podstawie plotki, zasłyszanej historii albo czyjejś opinii, zamiast porozmawiać z Panią osobiście?
Kiedyś częściej milczałam, dziś wolę odpowiedzieć, jeśli mam taką możliwość. Nie przekonam wszystkich, ale mogę przedstawić swoje stanowisko i pozwolić ludziom wyrobić sobie własne zdanie. Bliskie jest mi zdanie: „To, co tolerujesz, uczy innych, jak mogą cię traktować”. Uważam, że warto stawiać granice spokojnie, ale wyraźnie. Nie zawsze jest to łatwe, zwłaszcza gdy osobiste komentarze pojawiają się z anonimowych kont. Po drugiej stronie ekranu nadal jestem człowiekiem i takie słowa potrafią zaboleć. Jako dyrektorka nie mogę też publicznie opowiedzieć o wszystkich szczegółach sprawy. Wiążą mnie przepisy i odpowiedzialność za informacje dotyczące innych osób. Ktoś przedstawia swoją wersję wydarzeń, a ja nie mogę wyłożyć wszystkich kart na stół. Moje milczenie nie oznacza wtedy braku argumentów. Najbardziej cenię rozmowę, w której możemy się nawzajem wysłuchać. Nie trzeba się ze mną zgadzać, żeby przyjść i zapytać. Czasem właśnie od takiego spotkania zaczyna się porozumienie.
12. Co w pracy z zespołem MOK daje Pani największą satysfakcję?
To, że wspólnie potrafimy stworzyć coś, czego żadne z nas nie zrobiłoby w pojedynkę. Kierowanie zespołem wymaga wielu rozmów, uważności i czasem trudnych decyzji, ale bez tych ludzi nie byłoby działań w MOK.
Jesteśmy trochę jak orkiestra. Dyrygent nadaje kierunek i dba o wspólny rytm, ale muzykę tworzą wszyscy. Każdy wnosi swoją wiedzę, talent i codzienną pracę, często niewidoczną dla publiczności. Dlatego sukces MOK jest sukcesem całego zespołu. Najbardziej lubię chwilę, kiedy patrzymy na efekt i możemy powiedzieć: „Zrobiliśmy to razem”.
13. Jaką cenę płaci się czasem za bycie osobą, która ma własne zdanie i nie boi się go powiedzieć?
Trzeba pogodzić się z tym, że nie wszyscy będą Cię lubić. Potrafię słuchać i zmienić zdanie, gdy ktoś pokaże mi coś, czego wcześniej nie dostrzegałam. Nie chcę jednak przytakiwać dla świętego spokoju. Z jednej z ostatnich podróży przywiozłam prostą myśl: wszyscy mamy podobne potrzeby, rodziny, swoje radości i zmartwienia. Pamiętanie o tym pomaga mi rozmawiać również z kimś, kto widzi sprawę inaczej. Możemy się nie zgodzić, a mimo to traktować się z szacunkiem.
14. Właściwie każdy z nas może kiedyś znaleźć się po tej drugiej stronie – zostać niesprawiedliwie oceniony, źle zrozumiany albo osądzony na podstawie tego, co ktoś o nim powiedział. Co powiedziałaby Pani osobom, które właśnie z czymś takim się mierzą?
Żeby nie próbowały za wszelką cenę przekonać wszystkich. Warto wyjaśnić to, co wymaga wyjaśnienia, ale nie każdy będzie chciał wysłuchać odpowiedzi. Czyjaś zapożyczona opinia nie musi stać się prawdą o nas. Chciałabym też, żebyśmy byli dla siebie milsi i bardziej wyrozumiali. Nie wiemy, co przeżywa drugi człowiek. Życie i tak stawia przed nami dość trudnych spraw. Warto zostawić w nim miejsce również na życzliwość, dystans i zwyczajny uśmiech.
15. Gdyby mogła Pani sprawić, żeby mieszkańcy zapamiętali o Pani jedną rzecz, zanim wyrobią sobie własne zdanie – co by to było?
Że naprawdę mi zależy. Na MOK, na ludziach i na tym miejscu. Czasem mówię z przymrużeniem oka, że działam w Kłobucku trochę egoistycznie. Sama tu mieszkam i wychowuję dzieci, więc też chcę miasta, w którym jest dokąd pójść, czego posłuchać i z kim się spotkać. Chciałabym, żeby mieszkańcy mogli rozwijać pasje, próbować nowych rzeczy i dobrze spędzać razem czas. Moi chłopcy wybrali raczej sport, ale po cichu liczę, że może najmłodsza córka pokocha kulturę i dołączy do nas w MOK. A jeśli nie? To też będzie jej wybór. Najważniejsze, żeby w tym mieście każde z naszych dzieci miało z czego wybierać.




Facebook
YouTube
RSS