Pewnie wielu pamięta, jak ostre były także u nas konflikty dotyczące lokalizacji wielkich wiatraków, które chciano u nas budować dziesiątkami niemal wszędzie. Zablokowano to ustawowo i konflikty momentalnie ucichły. Pracuje się jednak nad liberalizacją tych przepisów, która ułatwi rozmieszczanie wiatraków. Dlaczego?
To było kilka gorących lat, gdy temat farm wiatrowych wręcz wysadzał w powietrze lokalne społeczności. Przepisy pozwalały na ustawianie wiatraków o wysokości ponad stu metrów w odległości zależnej tylko od pomiarów hałasu, więc zwykle nawet tylko pół kilometra od zabudować. W wielu miejscach w powiecie były już zaawansowane projekty utworzenia całych farm takich wiatraków niemal za miedzą u wielu mieszkańców. Nic dziwnego, że wielu było takich, którzy nie chcieli mieć tych gigantycznych konstrukcji tuż obok siebie, jednocześnie nie mając z tego w zasadzie nic. Bo stare przepisy były takie, że nawet konsultacje społeczne były tak naprawdę trochę „dla picu”, a wiatrakowych planów prawie nie dawało się zablokować. Jednocześnie ludzi bulwersowało, że tu czy tam nieoczekiwanie na inwestycji skorzysta jakiś wójt, radny, czasem grupa mieszkańców, która bezczelnie potem próbowała wymóc na reszcie zgodę na wiatraki podczas zebrań mieszkańców. Krótko mówiąc: było to tak urządzone, że rodziło konflikty i sprzeczne interesy, dawało też perspektywę zarobku inwestorom bez oglądania się na ludzi – i jakby to było ważniejsze niż argumenty ekologiczne, którymi wówczas również szermowano.
Ustawowa blokada zadziałała w obie strony
Zgodnie z oczekiwaniem społecznym wprowadzono więc ustawę wiatrakową, która powiązała odległość wiatraków od zabudowy z ich wysokością, a nie tylko z pomiarami hałasu. Do tego założono, że ta odległość ma wynosić minimum 10-krotność wysokości wiatraka. To praktycznie od ręki wykluczyło większość lokalizacji w Polsce. Bo jeśli wiatrak ma 150 metrów, to musi się znajdować w odległości półtora kilometra, a w naszym kraju, wobec dość gęstej siatki wsi, z zabudowaniami czasem rozrzuconymi w terenie, niewiele jest miejsc, które spełniałyby takie warunki i umożliwiały budowę wiatraków.
Obawiający się budowy tych konstrukcji blisko domów odetchnęli. Obecne władze odnotowały sukces – spełniając oczekiwanie wielu mieszkańców, by wysyp farm wiatrowych budowanych za miedzą powstrzymać. Ten ustawowy kij też ma jednak dwa końce. Farma wiatrowa musi się znajdować w dużej odległości. Tam więc, gdzie wiatraki już stoją, wymaganie odległości działa w drugą stronę i ogranicza możliwości realizowania innych inwestycji. Pokrzywdzonych przez taką sytuację znalazłoby się wielu, bo to jednak istotnie ogranicza możliwości wynikające z prawa własności.
Jest i inny wątek. Wymagane jest jednak od nas stawianie na energię ze źródeł odnawialnych. Może tych wiatraków chciano wcześniej stawiać za dużo, może za blisko. Ale teraz trudno zbudować je w ogóle, a to też nie jest sytuacja pożądana.
Zamiar liberalizacji
Zapowiada się więc liberalizację przepisów. W zasadzie nie ma wyjścia. Liberalizacja ustawy wiatrakowej jest jednym z kamieni milowych, by Polska dostała unijne pieniądze z Krajowego Programu Odbudowy. Wielu, którzy „walczyli z wiatrakami” u nas, gdy chciano je budować masowo, nie ucieszy informacja, że mowa o odległości 500 metrów od zabudowań. To mniej więcej tyle, ile wychodziło na podstawie pomiarów hałasu. Czyli w zakresie odległości i nasycenia wiatrakami terenu wszystko może wrócić do czasu tych głośnych konfliktów społecznych sprzed ustawy wiatrakowej.
Zakłada się natomiast, że nowe zasady mają zakładać bardziej jasno określone korzyści z wiatraków dla gminy i lokalnej społeczności, jak choćby możliwość uzyskiwania części produkowanego prądu. Te pewne racjonalizacje miałyby służyć temu, by znów nie doszło do sytuacji, w której wielu ludzi podskórnie czuło, że chce się im postawić wiatraki pod nosem, że ktoś na tym potajemnie zarabia, a oni będą mieli tylko śmigła, szum i żadnej korzyści. Inna sprawa, czy to się uda, czy konflikty wokół wiatraków nie wrócą. Przy czym teraz w roli „tych złych” wystąpiłaby władza, która kiedyś notowała sukces, gdy budowę wiatraków mocno ograniczyła.
Przez lata mocno zmieniły się też media. Gdy wtedy kłócono się o wiatraki, informacje te trafiały do mediów i wymuszały na politykach pewne działania. Ale do tego trzeba mediów obiektywnych, niezaangażowanych. Siła mediów kojarzonych z jakąś opcją polityczną jest znacznie mniejsza. Ale cóż, ten mechanizm bezpieczeństwa straciliśmy na naszych oczach i w zasadzie z naszym milczącym przyzwoleniem. (jar)



Facebook
YouTube
RSS