Kościół katolicki w swojej historii posiada wiele krwawych kart. Inkwizycja i palenie na stosie to tylko niektóre metody walki z ciemnym ludem. Dzisiaj Kościół też ma swoją drugą czarną stronę. Manipulację.
I tak oto młodzi, gniewni, którzy poszukują swojej drogi i w Bogu widzą oparcie, a także Jemu pragną poświęcić swoje życie, trafiają „pod skrzydła” tzw. wysłanników, bożych czyli m.in. księży, zakonników czy zakonnic. I tu zaczyna się posługa, ale już nie boska, a raczej ludzka, i to w najgorszym wydaniu. „Człowiek człowiekowi wilkiem” nabiera w tej materii niemalże dosłownego znaczenia. Odcięcie od świata, upodlenie, wykorzystywanie do granic fizycznych i ludzkich możliwości. Kiedy zaczyna się naturalny bunt, zaczynają być wykluczani, karani, wykorzystywani jeszcze bardziej.
Z tych, którzy zostają, często ulatuje dobroć i chęć czynienia dobra. Całkowicie i bezsprzecznie podporządkowują się regułom i przełożonym, od których zależy wszystko, niczym od Boga. Bo często zakonnice, które zostają w imię Boga i Ducha Świętego, przechodzą solidne pranie mózgu. Nie wszystkie oczywiście. Są chlubne wyjątki. Jednak to wciąż TYLKO wyjątki, a nie reguła. I ten moment, kiedy wartości i idee zaczynają oddzielać się od zakonu. Wtedy odchodzą. Po cichu, tylnymi furtami, żeby nikt nie widział, nikt nie słyszał. Bo te odejścia są tabu. A za furtami nie czeka na nich nikt, one też nic nie mają. Ani pieniędzy, ani ubrań, ani rzeczy osobistych. Nic. Kościół je porzuca. Odtrąca i chce o nich zapomnieć. Tylko ich dalsze, pozazakonne życie jest kłopotliwe, bo jest. Staje się niezaprzeczalnym faktem.
Reportażu Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu” nie da się opisać. Nie da się go opowiedzieć. Trzeba przeczytać. Koniecznie.
Poleca Olga Derewiecka!
Marta Abramowicz, „Zakonnice odchodzą po cichu”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.



Facebook
YouTube
RSS