Powiat

Lekarz może nie puścić za granicę?

Czy już podejrzenie zarażenia koronawirusem może skomplikować człowiekowi życie? Czy między tymi, którzy sądzą, że ta cała epidemia to przesada, są też tacy, którzy niepotrzebnie sieją panikę? JAROSŁAW JĘDRYSIAK
Lekarz może nie puścić za granicę?

PROBLEM. Czy już podejrzenie zarażenia koronawirusem może skomplikować człowiekowi życie? Czy między tymi, którzy sądzą, że ta cała epidemia to przesada, są też tacy, którzy niepotrzebnie sieją panikę? Nasza czytelniczka, mimo odpowiedzialnego podejścia do epidemii, spotkała się z niezrozumieniem lekarki

To dość szczególna sytuacja – jedna z tych, które nie miały szans zaistnieć, zanim przyszedł koronawirus i wywrócił wiele naszych spraw do góry nogami. Być może czasem zupełnie niepotrzebnie. Jak – sądzimy – właśnie w tym przypadku.
– Mam od dawna zaplanowany ważny wyjazd zagraniczny na przełomie lipca i sierpnia. Szczęśliwie można już było na ten termin zarezerwować lot samolotem, bo jest on w moim przypadku niezbędny. Zawsze poważnie podchodziłam do zagrożenia koronawirusem i nie sądziłam, że właśnie moje poczucie odpowiedzialności narobi mi teraz kłopotu – żali się nasza czytelniczka.
Aby mieć pewność
Co się stało? Problem wziął się z obaw o to, czy przed lotem będą mierzyć pasażerom temperaturę i na tej podstawie pozwalać wejść na pokład. Nasza rozmówczyni zdradza, że termin lotu wypada jej akurat w tym momencie cyklu menstruacyjnego, kiedy normalnie temperatura ciała wzrasta. Rzecz w tym, że u niej wzrasta czasem nawet od 37,4 stopnia. Ma tak od dawna, chyba od zawsze. W wielu miejscach spotkała się natomiast z informacją, że gdy mierzą temperaturę przed wejściem do samolotu, to na pokład wpuszczają tylko osoby mające co najwyżej 37,3 stopnia.
– Chciałam mieć pewność, że w takim przypadku będę mogła udokumentować, że nieco wyższa temperatura jest u mnie w pewnym sensie normą, a nie objawem zakażenia koronawirusem. Pierwszy sposób, o jakim pomyślałam, to uzyskanie zaświadczenia od lekarza, że tak właśnie jest, że ten ułamek stopnia to u mnie stan zwykły i powtarzający się regularnie. Nie wiedziałam, że zamiast sobie pomóc, narobię sobie takiego kłopotu. Teraz nie wiem, czy będę w ogóle mogła polecieć za granicę. Choć jestem pewna, że nie mam koronawirusa. Dla mnie to totalna katastrofa – martwi się kobieta.
Nadgorliwy lekarz?
Nasza czytelniczka skonsultowała się wstępnie telefonicznie z internistą. Nie chce zdradzić, która to przychodnia, bo mówi, że korzysta z niej czasami i nie chce „wojny”. To po prostu u nas w regionie. Kłobuck lub Częstochowa. W słuchawce usłyszała, że może dostać zaświadczenie, że po prostu miewa wyższą temperaturę, ale żeby taki papierek mieć w ręku, musi jeszcze przyjść na wizytę osobiście. I tu niespodziewanie zaczęły się schody.
– Musiałam przed rejestracją na wizytę zostać do niej dopuszczona czy zakwalifikowana przez wskazanego mi lekarza i telefoniczny z nim kontakt. Zadzwoniłam. Pani, która odebrała, gdy tylko usłyszała o tych stanach podgorączkowych, to prawie zaczęła krzyczeć na mnie. Że do żadnego lekarza mnie nie przyjmą, że muszę się najpierw zbadać, bo na pewno mam koronawirusa. Nie chciała słuchać, że ja teraz mam normalnie te 36,6 stopnia, że więcej mam ze znanego powodu, od dawna, regularnie. Powiedziała mi, że już mi wypisuje skierowanie na badania do szpitala zakaźnego. Jestem załamana. Nie wiem teraz, czy wpisała mnie do jakichś rejestrów, że mnie rzeczywiście nie wpuszczą bez tego testu nie tylko do lekarza, ale i do samolotu. Boję się dzwonić do sanepidu czy do linii lotniczych, bo jak im podam nazwisko, to mnie już wtedy na pewno wpiszą na taką czarną listę. Po prostu nie wiem, co mam robić dalej – mówi załamana.
Niepotrzebne ryzyko
Kobieta wyjaśnia, skąd ma pewność, że nie złapała koronawirusa.
– Od marca pracuję zdalnie. Na zakupy chodzę raz na dwa tygodnie i o takiej porze, kiedy sklep jest prawie pusty. Zalecane środki ostrożności stosuję na wyrost. Teraz w ogóle ponad tydzień nie wychodziłam z domu. Nie mam gorączki. Czuję się dobrze – zapewnia.
Rodzi się proste pytanie: czemu zatem nie zrobi tego testu na koronawirusa, skoro jest pewna, że jest zdrowa?
– Od miesięcy siedzę w domu, unikam ludzi, mając w perspektywie wyjazd, uważam jeszcze bardziej niż zwykle. I mam teraz iść do szpitala zakaźnego? Gdzie mogę w korytarzu spotkać kogoś, kto się tam przyszedł zbadać na koronawirusa, bo rzeczywiście ma objawy i źle się czuje? Zdrowa mam iść się narazić, bo jakaś lekarka, ignorując fakty, uznała, że mam koronawirusa? – pyta nasza czytelniczka.
Jak działa system?
Teraz pojawiają się kluczowe pytania. Czy ta kuriozalna konsultacja telefoniczna spowodowała, że naszą rozmówczynię wpisano – najwyraźniej bez podstaw – do jakiegoś rejestru chorych i nałożono na nią obowiązek wykonania testu? Czy czekają ją konsekwencje, gdy takiego testu nie zrobi? Czy – czego obawia się najbardziej – zablokują jej wyjazd z kraju, bo jej nazwisko trafiło do jakiejś specjalnej bazy?
Pytamy o tę sprawę w katowickim, wojewódzkim sanepidzie. Odpowiedź pisemną dostajemy natomiast po pewnym czasie z Powiatowej Stacji Sanitarno- -Epidemiologicznej w Kłobucku. Jak działa ten system wychwytywania osób zagrożonych zakażeniem? Na ile obawy naszej czytelniczki są uzasadnione?
– Inspekcja sanitarna zgodnie z wytycznymi kieruje na badania w kierunku SARS-CoV-2 osoby objęte kwarantanną, które miały kontakt z osobą z dodatnim wynikiem, oraz osoby chore w celu wykonania kolejnych badań kontrolnych – wyjaśnia podstawową zasadę kierująca kłobucką placówką sanepidu Dorota Barańska-Kaczmarek.
Nasza czytelniczka nie jest objęta kwarantanną. Wspomnianych kontaktów nie miała. To więc dobre dla niej wiadomości. A co ze skierowaniem od lekarza? Co z nim zrobić?
– O kierowaniu na badania osób, które zgłosiły się do podstawowej opieki zdrowotnej, decyduje lekarz. Zgodnie z ustawą o chorobach zakaźnych lekarz ma obowiązek zgłosić fakt podejrzenia lub rozpoznania choroby zakaźnej Państwowemu Powiatowemu Inspektorowi Sanitarnemu zgodnie z miejscem zamieszkania pacjenta – dodaje przełożona naszych powiatowych służb sanitarnych.
Czyli tu pozostaje naszej czytelniczce sprawdzenie, czy tego rodzaju zgłoszenie nastąpiło. Musi to zrobić sama.
Obawy niepotrzebne
Inspektor Barańska-Kaczmarek uspokaja, że badania testowe realizowane są w sposób bezpieczny. Nie trzeba widzieć zagrożenia właśnie w tej procedurze.
– W punkcie poboru osoby są przyjmowane według harmonogramu czasowego. Po każdym pacjencie punkt taki jest dezynfekowany. Personel dokonuje zmiany środków ochrony osobistej – mówi nam pani doktor. Od razu widać, że są to zasady przemyślane. Nikt tu nie chce ani sam się zarazić, ani pozarażać wzajemnie osób, które przychodzą na badanie. I jeszcze coś. Na wyniki czeka się zwykle do 24 godzin. Nie trzeba się więc martwić, że informację o zdrowiu dostanie się po jakimś długim czasie.
Epilog
Chwilę czekaliśmy na odpowiedź służb sanitarnych. Tymczasem nasza rozmówczyni zdecydowała się działać. I podzielić z nami nowymi informacjami.
– Zrobiłam ten test. Oczywiście wyszedł negatywny. Jestem zdrowa. Niepotrzebnie tylko dodano mi tyle stresu – mówi. – Nie wiem teraz, czy chcę dalej korzystać z tej przychodni. Po tym wszystkim – dodaje.

Kliknij aby dodać komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiat

Masz ciekawy temat? Zadzwoń!

Tel. 514 786 400

Więcej w Powiat

Nie daj się zrobić „na pompę”

Jarosław Jędrysiak15 kwietnia 2024

Jak poprawnie głosować?

Jarosław Jędrysiak7 kwietnia 2024

„Bezpieczny cyklista”

Jarosław Jędrysiak30 marca 2024

Pijany kierowca traci swój pojazd

Jarosław Jędrysiak27 marca 2024

Policjantka pomogła mamie znaleźć dziecko

Jarosław Jędrysiak24 marca 2024

Groźny wirus w truskawkach z Maroka

Jarosław Jędrysiak23 marca 2024