Krzepice apelują o poprawę bezpieczeństwa na obwodnicy, ale decyzje zapadają daleko stąd. Tym, którzy je podejmują, nic się na obwodnicy Krzepic nie stanie, bo tędy nie jeżdżą. A i reprezentujący nas politycy jakoś tematu nie widzą. Choć przecież przy oddaniu fotoradaru też dałoby się przecięć wstęgę i zrobić sobie ładne zdjęcie
Na skrzyżowaniu obwodnicy Krzepic z drogą do Dankowa od dawna dochodzi do wypadków. Z pewną przesadą nazywamy je „skrzyżowaniem śmierci”, ale… trudno się oprzeć wrażeniu, że w tym miejscu najpierw zaprojektowano dziwne rozwiązanie połączenia dróg, a potem – jakby ktoś przez lata na siłę bronił tego pomysłu i wbrew faktom próbował dowieść, że wszystko jest w porządku, że jest bezpiecznie. Jakby oczekiwał, że kierowcy dadzą się wychować samą wiarą i znakami drogowymi. Nie dadzą. Z obu stron dojeżdża się tu po obwodnicy przez teren ewidentnie kojarzący się z obszarem niezabudowanym. Prędkości rzędu 90 na godzinę wcale nie są tu najwyższymi – mimo znaków, także mimo ograniczenia prędkości w rejonie skrzyżowania. Do tego jest tu łuk drogi, ekrany, barierki. Niejedno utrudnia widoczność. No i ta dziwaczna konstrukcja skrzyżowania. Na pewno wielu kierowców choć raz spotkało się w tym miejscu z sytuacją jeśli nie niebezpieczną, to choć niejednoznaczną. To skrzyżowanie trzeba by albo po prostu przerobić, albo co najmniej wymusić tam ograniczenie prędkości. To drugie jest teoretycznie bardzo łatwe – bo mało jest kierowców, którzy zignorują fotoradar. Tymczasem i w sprawie fotoradaru napotyka się na bierny opór tych, którzy mają w ręku decyzję. W każdym razie tak to wygląda w praktyce – bo efekt jest taki, że problem istnieje od lat, temat fotoradaru też już zaistniał dawno temu. Tylko ciągle nic się nie dzieje. Ciągle „skrzyżowanie śmierci” ma być takim, jakie je sobie ktoś tam kiedyś wymyślił. Jakby to był jakiś zabytek techniki, a nie użytkowana droga publiczna.
W Krzepicach sugestię postawienia radaru na obwodnicy przy tym skrzyżowaniu już dawno zgłosił radny Rafał Balcerzak. Teraz ten sam samorządowiec odpytał na sesji burmistrza, jakie wnioski w zakresie obwodnicy i fotoradaru płyną z rozmów z drogowcami, które Krystian Kotynia odbył w ostatnich tygodniach.
Burmistrz już dość dawno temu rozmawiał z dziś już byłym dyrektorem drogowców na temat przebudowy feralnego skrzyżowania. No i ciągle jest to walenie głową w ścianę.
– Jest to temat raczej trudny, bardzo trudny – dyplomatycznie stwierdził Kotynia. – Realizacja raczej niemożliwa w obecnym okresie – dodał. Czyli „skrzyżowanie śmierci” pozostanie w swym fatalnym kształcie. Zza dalekich biurek problemu nie widać. Nasi posłowie, niestety, żyją sprawami innych powiatów i najwidoczniej albo sprawy nie znają, albo nic z nią nie robią, albo nic zrobić nie mogą.
To może chociaż fotoradar? Skoro skrzyżowanie jest niebezpieczne, to niech choć jeżdżą tu wolniej? Sporo zagrożeń po prostu przestanie wtedy mieć miejsce.
Kotynia pochlebnie wyrażał się o drogowcach – o młodym kierownictwie oddziału w Lublińcu. Fotoradar miał w rozmowie zostać uznany za celowy.
– Powiedzieliśmy o sytuacji. Panowie są z branży. Odpowiedzieli, że wnioskować o fotoradar można – mówił na sesji burmistrz.
Niestety od razu też wiadomo, że nie dość dużo ludzi tu zginęło, byśmy się zmian doczekali. Ktoś chce nam powiedzieć: „gińcie, obywatele, na tej przeklętej obwodnicy, jeśli chcecie, żeby choć następni nie ginęli”? Nie, tak nikt nie powie. Choć w pewnym sensie ciągłe odsyłanie do statystyk do tego się sprowadza. Gdy tymczasem, jeśli się bywa w trasie gdzieś w Polsce, fotoradary widuje się nieraz na całkiem prostych drogach w jakichś małych wioskach – nastawiane jakby po to, by pstrykały zdjęcia. Gdy tymczasem na łuku obwodnicy Krzepic, gdzie jest bezsensownie rozwiązanie skrzyżowanie, ten radar okazuje się jakąś wielką niemożliwością.
Burmistrz zauważa to, co widzimy wszyscy. W tym rejonie po prostu jest dużo wypadków. Jasne, że na drogach Górnego Śląska, gdzie ludzi mieszka znacznie więcej i na drogach jest po prostu więcej aut, wypadków jest też po prostu więcej. Może choć przed wyborami ktoś przyjedzie nam coś obiecywać? Bo tak normalnie to nasze lokalne problemy drogowe okazują się czymś nie do rozwiązania – i trwa to latami. Trudno nie podchodzić do takich spraw z bagażem negatywnych emocji.
– Jakie będą efekty? Zobaczymy. W każdym razie będziemy ten temat mocno podkręcać – zapowiada burmistrz.
Trzymamy kciuki. Przydałoby się, aby po tylu latach udało się jakoś poprawić bezpieczeństwo na tym „skrzyżowaniu śmierci”. Najlepiej zanim cudzysłowy w takim jego określeniu zupełnie przestaną być potrzebne. (jar)



Facebook
YouTube
RSS