KONTROWERSJE. W krzepickim magistracie jest nowa pracownica –córka burmistrza Krystiana Kotyni. Ze strony mieszkańców pojawiły się spodziewane zarzuty o nepotyzm. Jak tłumaczy się burmistrz?
Już wcześniej mieliśmy sygnały, że szykuje się taka sytuacja: że pracę w urzędzie w Krzepicach dostanie córka Krystiana Kotyni. Wtedy nie udało nam się tej informacji potwierdzić. Pewnie dlatego, że jeszcze bliska krewna burmistrza tej pracy nie dostała. Teraz to już fakt.
Czy tak w ogóle wolno?
Pierwsze pytanie większości ludzi, którzy się dowiadują o podobnej sytuacji, podpowiada sama intuicja: czy takie zatrudnienie krewnego jest zgodne z prawem. Dzwonimy do burmistrza, który początkowo jest zajęty, ale potem oddzwania – no i pytamy. – Tak, rzeczywiście to zatrudnienie dotyczy mojej córki, która przeszła do pracy w urzędzie w Krzepicach z Powiatowego Urzędu Pracy w Kłobucku na zasadzie przeniesienia pomiędzy zakładami pracy. Jest to sytuacja nie tylko prawnie dozwolona, ale też spotykana już nie raz w naszym powiecie – mówi nam Krystian Kotynia.
Faktycznie były takie przesunięcia pracowników pomiędzy urzędami, na przykład między Kłobuckiem i Wręczycą, Kłobuckiem i Pankami – i odwrotnie. Różnica jest taka, że w tamtych przypadkach nie dochodziło do zatrudnienia córki szefa urzędu. Czy tu czasem ktoś nie poszedł na otwarty konflikt z prawem? Zatrudniać krewnych jako podwładnych nie wolno.
– Prawo zabrania zatrudniania krewnych jako podwładnych, ale w tym przypadku córka nie jest moją bezpośrednią podwładną. Pracuje jako osoba odpowiedzialna za płace w oświacie. Nie podlega mi bezpośrednio, ma przełożoną, główną księgową. W takiej sytuacji przepisy nie stoją na przeszkodzie – tłumaczy się burmistrz.
Przypominamy sobie, że lata temu była też sytuacja z zatrudnieniem dalszej krewnej w jednym z urzędów gminy w powiecie. Wtedy też okazało się, że pokrewieństwo jest wystarczające, by przepisy nie stały na przeszkodzie. Inną sprawą jest oczywiście, jak tego rodzaju sytuacje odbierają mieszkańcy. Z reguły panuje przekonanie, że krewny to krewny – no a przepisy, okazuje się, jasno określają, kiedy to nie przeszkadza w zatrudnieniu w budżetówce. Można się z tymi przepisami nie zgadzać. Może trzeba domagać się ich zmiany. Na dziś formalnie wygląda wszystko na zgodne z prawem. Domyślamy się, że dobrze to w gabinecie burmistrza przeanalizowano. Bo dało się przewidzieć, że sprawa stanie się głośna.
„Trudny odcinek”?
Poza podstawowymi pytaniami, czy wolno było burmistrzowi zatrudnić córkę, jest i kolejne: dlaczego przyjął właśnie ją? Przecież może dało się poszukać na to stanowisko kogo innego? Może nawet ktoś tej pracy tam szukał? Burmistrz rysuje obraz zupełnie inny.
– To jest akurat bardzo trudne i wymagające stanowisko pracy. Wypłaty w oświacie nalicza się dwa razy w miesiącu. Nie są to puste słowa. W ciągu kilku ostatnich lat na tym stanowisku pracy mieliśmy zatrudnionych siedem kolejnych osób. Żadna z nich nie została na nim dłużej. To, że z niego rezygnowano, może świadczyć, że to nie jest lekki kawałek chleba. I stanowisko nie z tych, do których ustawiają się kolejki – broni decyzji Kotynia.
Zarobki ponad normę?
Wraz z sygnałami o pracy dla córki burmistrza dostaliśmy też wiadomość, że nowa pracownica zarobi znacznie więcej niż jest to uzasadnione kompetencjami i zadaniami. Co na to szef i ojciec zatrudnionej?
– Przy przeniesieniu między zakładami pracy przepisy określają, że pensja nie może być w nowym miejscu niższa niż w poprzednim. Może być taka sama, wyższa, ale nie niższa. Chcę tu powiedzieć, że na pewno nie zamierzam decydować o podniesieniu tej pensji. Będzie ona taka, jak w poprzednim miejscu, w urzędzie pracy. Zgodnie z przepisami – deklaruje burmistrz.
Nieformalna „wiceszefowa”?
W jeszcze innym sygnale od mieszkańców mamy sugestię, że zauważono w urzędzie, iż córka burmistrza Kotyni „zachowuje się, jakby była ważniejsza niż stanowisko, które zajmuje”. To siłą rzeczy subiektywna ocena i niestety nie możemy napisać, jaka dokładnie sytuacja skłoniła naszego rozmówcę do takiej oceny, by nie zdradzić jego tożsamości, do czego nas nie upoważnił. Miało się to jednak wiązać z wrażeniem, że prośbom czy „poleceniom” córki szefa w urzędzie każdy boi się odmówić. Nawet jeśli kierowane są one wcale nie po linii służbowej zależności. Nie podejmujemy się oceniać, czy nowa urzędniczka dała komuś powody, by tak oceniał, czy to tylko czyjaś skrajna ocena – ale pytamy burmistrza i o to.
– Trudno mi w to uwierzyć, bo moja córka jest osobą bardzo otwartą, życzliwą. Była pozytywnie odbierana w poprzednim miejscu pracy. Może ktoś jeszcze jej nie poznał? Może przypadkiem odniósł takie dziwne wrażenie? Nie wiem – gdyba Krystian Kotynia.
Nie rozstrzygniemy tej sprawy. Ale wniosek jest jeden: urzędniczka, która jest zarazem córką szefa, na pewno jest pilnie obserwowana przez innych. I nic, czego zrobić nie powinna, na pewno tu nikomu nie umknie – jeśli się zdarzy. I zapewne trafi też potem do mediów.
A cena polityczna?
Pytamy też burmistrza o rzecz oczywistą: o świadomość tego, że mieszkańcy w zasadzie zawsze oceniają takie sytuacje źle, nawet jeśli formalnie przy podobnym zatrudnieniu krewnego dochowano wszelkich prawnych zasad. Odpowiada nie wprost.
– Myślę, że dziś to nie jest już tak, że praca w urzędzie jest czymś bardzo prestiżowym czy dochodowym, jak dawniej. To, że z tego stanowiska pracownicy odchodzili, ale i to, że w ogóle występuje w urzędzie rotacja kadr, może o tym świadczyć. Tu praca też wymaga odpowiedzialności. W pracy w urzędzie nie jest jak u Pana Boga za piecem – mówi burmistrz.
Cóż, ostatecznie to mieszkańcy ocenią tę kadrową decyzję burmistrza. Przy wyborach. Oczywiście dziś trudno przesądzić, jak będzie ona ważyć za te kilka lat. Ale dzisiejsza krytyka i reakcja mieszkańców jest na pewno częścią tej ceny, którą burmistrz już płaci.


Facebook
YouTube
RSS