Zagrożenie islamskim terroryzmem na stałe wpisało się w krajobraz Zachodniej Europy – unijni eurokraci wciąż wolą go jednak nie zauważać. 14 grudnia, niespełna tydzień przed tragedią, do jakiej doszło na berlińskim jarmarku bożonarodzeniowym, PE znów zajął się stanem demokracji w Polsce. Deputowani, których zadaniem jest budowanie ponadnarodowego porozumienia o przyszłości Europy, zamiast dyskutować o stanie UE, wylewają żale nad demokratycznie wybranym rządem. Okazuje się, że autorzy niezliczonych teorii wzmocnienia UE, dziś – gdy wszystkie ich mądrości zawiodły – nie mają nic do powiedzenia na temat kryzysu europejskiej integracji i bezpieczeństwa. Tym bardziej nie mają pomysłu na to, jak z niego wyjść. Kolejna debata o demokracji w Polsce pokazuje, że brakuje im też pomysłów na tematy zastępcze. Tymczasem tematów do dyskusji nie brakuje – zamiast zbywać je milczeniem, europosłowie powinni zastanowić się nad rządami prawa chociażby… w unijnych instytucjach.
Opublikowany niedawno przez Komisję Europejską „Pakiet na rzecz czystej energii dla wszystkich” to kolejny przykład na to, że w Brukseli szacunek dla państw członkowskich kończy się tam, gdzie zaczyna się konflikt z pomysłami eurokratów. Propozycje dotyczą kształtu rynku energii w UE – kluczowego obszaru w pracach tej kadencji. Mają one jeden cel – wykluczyć elektrownie węglowe z udziału w tzw. rynku mocy. Jest on mechanizmem kluczowym dla państw, w których występują niedobory energii, i pozwala z wyprzedzeniem zapewnić ilość mocy potrzebnej do ich pokrycia. Tymczasem wskazane przez KE niezwykle restrykcyjne limity emisyjności w praktyce wykluczają wykorzystanie w takich elektrowniach węgla. Oznacza to bezprawną ingerencję w miks energetyczny państw członkowskich, który zgodnie z traktatami należy do kompetencji krajowych. To zresztą nie jedyne nadużycie prawa przez KE. Choć kierunki polityki klimatycznej określają głowy państw członkowskich, czyli Rada Europejska, KE zignorowała je i postanowiła zaostrzyć dotychczasowe – i tak drakońskie – cele klimatyczne na okres do 2030 r. W efekcie propozycje KE nie tylko zmieniają charakter celu zmniejszenia zużycia energii w UE z politycznego na prawnie wiążący, lecz także istotnie podnoszą tę poprzeczkę z 27 do 30%. Trudno nazwać to inaczej niż rażącym przekroczeniem kompetencji.
Oczywiście, warto zwrócić uwagę na to, że nowe propozycje Komisji do pewnego stopnia reagują na błędy dotychczasowej polityki klimatycznej UE. Być może nareszcie skończy się uprzywilejowanie odnawialnych źródeł energii, które na rynku będą podlegały tym samym zasadom, co pozostałe elektrownie. Daje to szansę na to, że w centrum zainteresowania unijnego prawa stanie zwykły odbiorca energii, którego rachunek do tej pory obciążały koszty preferencyjnego traktowania zielonej energii. Doprowadziło to do sytuacji, w której wielu osób po prostu nie stać na opłacenie rachunków za energię, tzw. zjawiska wykluczenia energetycznego. Dobrym posunięciem jest także skupienie się przez KE na rozwoju wytwarzania energii odnawialnej na własne potrzeby (tzw. energetyki prosumenckiej). Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych działaniach KE uniknie popełniania błędów, za które obywatele płacą z własnej kieszeni.
Patrząc na kształt dyskusji o obecnych problemach UE – dokładniej: na jej brak – trudno nie odnieść wrażenia, że kolejne debaty o stanie demokracji w Polsce są po prostu ucieczką od bolesnej prawdy, że UE w dotychczasowym kształcie jest wypalona. Obserwujemy widowisko, które ma pokazać, że unijne instytucje są panami całej europejskiej sceny politycznej. Niestety – ostatnie tragiczne wydarzenia mówią coś zupełnie innego. Czas, aby ta prawda dotarła do debatujących w Strasburgu polityków – czas na debatę o realnych problemach UE, wśród których znów na pierwszym miejscu pojawia się zagrożenie życia milionów Europejczyków.


Facebook
YouTube
RSS